Sekcja Płukaczy Rzecznych

   Opis
 Regulamin
 Teren zawodów
 Jak dojechać
 
   WGA
 Opis
 Regulamin
 


liczba osób ogółem: 19820
osoby on-line: 0
  
 
AFRYKAŃSKA "GORĄCZKA" ZŁOTA


RELACJA Z WYPRAWY DO RPA


Po intensywnych dwumiesięcznych przygotowaniach w końcu wyruszamy na podbój "czarnego lądu". Wyprawa życia jak mówią niektórzy z nas? Biorąc pod uwagę ładnych parę tysięcy złotych, jakie każdy z uczestników musiał wyłożyć na przeloty i rezerwacje jeszcze przed wylotem do RPA, dobrze by było, aby w rzeczywistości tak mogło się okazać... Wbrew pozorom przygotowania nie dotyczą szlifowania formy przed Mistrzostwami Świata w Płukaniu Złota. Przez wiele lat podglądaliśmy najlepszych. Nie mamy kompleksów, ale też i złudzeń. Wielokrotnie ocieraliśmy się o światową czołówkę i to nam wystarczy. Od dawna wiemy już, że chcąc uzyskać mistrzowskie rezultaty należy trenować niezwykle intensywnie. Pozostaje nam więc liczyć na łut szczęścia. Nasze przygotowania zdecydowanie dotyczyły strony technicznej podróży. Dlaczego? Wiemy jak dotrzeć do RPA, ale co dalej, co z bezpieczeństwem?

zdejmą nam buty?
Przed wylotem wiele naczytaliśmy się o południowej Afryce. Im więcej informacji zebraliśmy tym bardziej włos jeżył się na głowie - a może dać sobie spokój...? Malaria, motylica, muchy tse tse, wszędzie kleszcze, a w Parku Krugera ostatnio lew pożarł dwójkę turystów... Wychodzi na to, że Johannesburg najlepiej ominąć szerokim łukiem: centrum niebezpieczne, najlepiej nie wyglądać na turystę, nie nosić drogiego sprzętu, ubraniami nie wyróżniać się z tłumu, nie chodzić po zmroku... Tylko jak w grupie 12. osób nie wyglądać na turystę? Jak nie wziąć ze sobą aparatu, kamery i całej masy niezbędnych atrybutów każdego podróżnika? Na dodatek wygląda na to, że spędzimy tam weekend. Jest piątek 16. września - tutaj to początek wiosny. Jednak dobrze, że zdecydowaliśmy się na 2-dniową opiekę skądinąd prawie polskiego biura podróży.

Mr. Plebankiewicz & his Company
Jedno trzeba przyznać. Podczas każdej podróży udaje nam się spotkać na drodze Polaków. Tym razem nie będzie inaczej. Właścicielem biura, w Johannesburgu jest Piotr Plebankiewicz, który prosi nas o pozdrowienie swojej rodziny, a rodzina mieszka gdzie? Oczywiście w Złotoryi! To się narobiło... Po Jo'burgu oprowadza nas kolejny Polak Witek, z którym zwiedzamy również stolicę RPA Pretorię oraz Sun City, gdzie odwiedzamy miejsce wyborów Miss Świata, plażujemy, kąpiemy się w sztucznym, jak każda tu rzecz, morzu. Myślę, że nie wszystko, co słyszeliśmy o życiu w RPA nadaje się do publikacji, ale okazało się niestety, że Jo'burg nie będzie naszym wymarzonym miejscem pobytu, choć ta myśl dociera do nas dopiero po przejażdżce busem po niegdyś dość ekskluzywnej dzielnicy miasta. Naprawdę nikt z nas nie miał ochoty na spacer, ale odwiedzić warto! To, co najbardziej nas uderza w całym mieście to niezliczona ilość murów, zasieków, drutów pod napięciem i ostrzeżeń typu: "posesja pod bronią". Za przeproszeniem, kto tu w końcu żyje w "getcie"? Po dłuższej dyskusji Witek stwierdza, że nie bardzo rozumie, dlaczego w Polsce mamy zakaz umieszczania na ogrodzeniach drutu pod napięciem: "każdy, kto ma dobre intencje wejdzie do domu furtką, albo bramą. Jeśli ktoś chce sforsować ogrodzenie w inny sposób to, dlaczego nie można mu tego utrudnić? Nie sposób opisać w jakich warunkach żyją ludzie w Townshipach przylegających do miasta. Te wokół Jo'burga miały się później okazać "bardzo cywilizowanymi", te najgorsze widzieliśmy pod Kapsztadem najbardziej europejskim miastem RPA. Po zwiedzeniu kopalni złota w Johannesburgu (przekształconej w park rozrywki, gdzie trzymaliśmy w ręku sztabkę złota wartą 149.000 USD; gdyby komuś dwoma palcami udało się ją podnieść i odwrócić wokół osi dostały ją za darmo tyle, że było to 12 kg!) oraz Sun City - miejscowego Las Vegas, ciśnie się pytanie: jak to możliwe, że tak skrajne bogactwo twarzą w twarz zderza się z tak skrajną biedą? Ten kraj jest największym producentem złota (ok. 360 ton rocznie po ograniczeniu wydobycia), platyny, diamentów. Niestety okazuje się, że na powierzchni 3-krotnie większej od Polski kraj nie jest w stanie zabezpieczyć godziwego bytu 40. milionom mieszkańców. Biali stanowią tu zaledwie kilkanaście procent, ale skupiają większość kapitału. Jak twierdzi Witek, kraj jest rządzony w iście socjalistycznym stylu, a korupcji polscy politycy mogliby się tu dopiero nauczyć. Oczywiście o poziom korupcji próbujemy się licytować, ale Witek i tak twierdzi, że wie, co mówi.

Na krawędzi
W niedzielę odbieramy dwa 7-osobowe busy - i w drogę... Jeden mały problem. Jeździmy po lewej. Na szczęście w podobnym składzie podróżowaliśmy po Australii, więc poszło dość gładko - kierowcy ci sami. Z Jo'burga do Graskop mamy ok. 500 km. Po drodze odwiedzamy wodospad Lonekreeg. Podczas planowania podróży najwięcej problemów mieliśmy z zakwaterowaniem w Pilgrim's Rest - miastem Mistrzostw lub jego pobliżu. Rzutem na taśmę udało się nam znaleźć noclegi w oddalonym o 15 km Graskop. Po przyjeździe na miejsce rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia. Mieszkaliśmy na krawędzi Wysokiego Weldu, wypiętrzenia skalnego z widokiem na Niski Weld, gdzie zaledwie o godzinę drogi znajdował się Park Krugera. 50 m od naszych domków w kanionie znajdowała się Mekka zwolenników banji. Wiele osób przybywało tu, aby w tym kultowym miejscu oddać skok. Od samego patrzenia serce skakało do gardła! Konstrukcja wyglądała dość prymitywnie, ale po kilku dniach obserwacji stwierdziliśmy, że jest bezpieczna, chociażby dlatego, że mimo wielu skoków z półki skalnej (80m swobodnego opadania) nikomu nic się nie stało. Tak na poważnie, do bezpieczeństwa przywiązywano wielką wagę. Po dwóch dniach poszukiwań odkryliśmy gdzie jest 100m wodospad uwidoczniony na wszystkich pocztówkach i rzeka, która go zasila. Okazało się, że pod naszym nosem, tuż przy banji. W panującej obecnie porze suchej po rzece pozostało tylko czarne skalne koryto. Oddanie skoku tuż obok wodospadu to dopiero musi być czad! Niestety droga powrotna w górę trwa ok. 3 godzin - nie mieliśmy żadnego dnia tyle czasu, więc nasze rodziny mogły spać spokojnie. Dosłownie na "rzut beretem" mieliśmy do takich atrakcji, jak God Windows, wodospady Berlin i Lizbona, Blyde River Kanion, Echo Caves, żyć nie umierać...

Parada - robimy furorę
Następnego dnia udajemy się do Pilgrim's Rest. To mała miejscowość, w której czas się zatrzymał. Blisko 150 lat temu panowała tu gorączka złota, która za sprawą mistrzostw została wskrzeszona na nowo. Jedziemy na miejsce mistrzostw. Wszystko przygotowane perfekcyjnie i z rozmachem. Dowiadujemy się, że na organizację tego międzynarodowego święta płukaczy w ciągu pięciu lat wydano 1,5 miliona Euro!!! Jest to impreza prestiżowa dla regionu i kraju (pierwsze Mistrzostwa na kontynencie afrykańskim). Olbrzymia część kosztów została pokryta przez Departament Kultury i Sportu. Większość prac została wykonana przez pracowników robót publicznych. Okazuje się, że Polska w 2000 roku, wspominana przez wielu naszych rozmówców z wielkim sentymentem, dała niesamowity impuls organizatorom Mistrzostw Świata. Od tej pory promocja kraju, regionu, miejsca rozgrywania Mistrzostw stała się jednym z oczywistych celów. Jakkolwiek organizatorzy spodziewali się około 2000 zawodników (tuż przed mistrzostwami mówiło się o 1200), ostatecznie wystartowało ich blisko 900, czyli tylu ilu w Polsce. Biorąc jednak pod uwagę to, że każdy z zawodników pozostawi na miejscu ok. 1000 USD daje to niezły zastrzyk finansowy społeczności lokalnej. Oczywiście to nie wszystko. Każda z tych osób spotyka się w swoim kraju ze znajomymi i przekazuje swoje wrażenia z pobytu. Na stronach internetowych każdej federacji pojawiają się relacje i zdjęcia - jest więc to trudna do przecenienia machina promocyjna. Na początek mistrzostw, w "umiarkowanym" upale (ok. 30 stopni - na szczęście to tylko wiosna), przez miasto przemknął wielki korowód. Trudno było nie zwrócić uwagi na reprezentację Polski, która według organizatorów, swoimi średniowiecznymi strojami dodała mu dostojeństwa. Wiele osób entuzjastycznie wręcz przyjmowało naszą ekipę robiąc zdjęcia i pytając o rodowód uniformów. Korowód o zmroku dotarł do celu. Na miejscu olbrzymia scena, na której odbywała się ceremonia otwarcia Mistrzostw. Nie zabrakło ministerialnych oficjeli, a ceremonia prowadzona była, przy niezwykle spontanicznych okrzykach fanów, przez znanego prezentera telewizyjnego. Występowały zespoły lokalne i megagwiazdy. Oczywiście nie zabrakło wojowników i urodziwych dość skąpo ubranych przedstawicielek płci żeńskiej.

Startujemy
Na pierwszy rzut chwila prawdy dla Antka Chamskiego. Płucze pierwszy raz w życiu, oczywiście w kategorii amatorów. Wyczytano go jako "Czampskiego", więc szybko zyskał przydomek Champion'skiego i tak już zostało... Znajdując komplet 5 drobinek przechodzi do półfinałów. Po starcie mówi, że w życiu nie przypuszczał, że płukanie może tak wciągać: "Najgorsze jest wybieranie. Płukanie to nic. Ręce się trzęsą - opowiada z przejęciem - a tu trzeba pamiętać, żeby to robić nad miską, osuszać, ślinić i jeszcze sprawdzać, czy przypadkiem złoto nie ściekło po palcu. Ale jazda! - dodaje. Niestety nie powiodło się Józkowi Orłowskiemu, choć zajął 16 miejsce (15. przechodziło dalej). Po Antku startowała Mariola Mąkowska, również po raz pierwszy. Po niecałych 6 minutach wyszła z kompletem, przechodząc do półfinałów. Z innych ciekawostek, do międzynarodowej komisji do spraw rozpatrywania protestów organizatorzy powołali Norberta Makowskiego, na szczęście komisja okazała się być bezrobotna. Następnego dnia jedziemy do Parku Krugera na safari, gdzie przed naszymi samochodami w temperaturze 37,5 stopnia przechadzają się małpy, słonie, żyrafy, a i nosorożec rozsierdzony, że przypadkiem stanęliśmy mu na drodze, przetruchtał nam przed maską. Ilekroć wychodziliśmy robić zdjęcia, szybko byliśmy przywoływani do zajęcia miejsc w samochodach. Tu nie ma żartów, nigdy nie wiadomo, co i gdzie czyha na potencjalny obiad. Tego dnia udało nam się spróbować mięsa słonia… suszonego na słońcu.

Zmiany w federacji
Ze stanowiska v-ce prezydenta World Goldpanning Association zrezygnowała czeszka Veronika Stera. Poinformowała również, iż Czesi nie będą w stanie zorganizować mistrzostw Europy w 2007 roku, czego podjęli się w ubiegłym roku. Z przewodniczenia komisji regulaminowej zrezygnował również Anglik Mike Gossage. Wyjaśnił, że decyzję musiał podjąć ze względów zawodowych, ale będzie się starał pomagać nowemu szefowi. To nie koniec zmian. Wygasł mandat sekretarzowi WGA, włochowi Arturo Ramelli. Tak więc czekał nas pracowity zjazd. Ostatecznie nowym v-ce prezydentem został Arturo, przewodniczącym Ken Karlsson, a sekretarzem hiszpanka Anna. Niestety w wyrównanej "walce" na argumenty nie udało nam się uzyskać prawa organizacji Mistrzostw Świata w 2008 roku. Mistrzostwa odbędą się w Hiszpanii. Przeważył argument, że tam jeszcze mistrzostw świata nie było. W 2009 mistrzostwa odbędą się we Włoszech, które konkurowały z Australią. Czyżby 2010 było dla nas pomyślną datą? Sądząc po opiniach wielu federacji możemy na to liczyć.

Jesteśmy w finałach
Następnego dnia walczymy o finały. Marioli udało się skrócić czas do 4 minut, dzięki czemu ku naszemu zaskoczeniu znowu z kompletem drobinek i 6. czasem znalazła się w finale. Zabrakło szczęścia Antkowi. Zakończył rywalizację na 16 miejscu - a tak niewiele brakowało. Panie, oprócz Zofii Soja, która dostała się do finału, zakończyły płukanie na półfinałach (Urszula Regulska, Irena Drozd). W wyniku ostrej walki oprócz Zbigniewa Świerka (zakończył w półfinałach) nie udało się przejść do następnych rund profesjonalistom (Józef Kozakowski, Edward Rygielski, Waldemar Pakuła, Zbigniew Soja, Norbert Mąkowski), ale dzięki nowym miskom oraz zmianie techniki udało się znacznie skrócić czasy, co szczególnie widoczne było podczas startu naszej drużyny narodowej (Urszula, Zofia, Zbigniew, Waldek, Norbert). Z czasem 11,51 min było o co walczyć, ale niestety z dokładnością płukania nie jest najlepiej (11 miejsce). Mariola w finałach z czasem 2,51 min i 1 zgubioną grudką zajęła 12 miejsce, gdyby wyciągnęła wszystkie byłaby 4. Niedzielna ceremonia zakończenia mistrzostw była równie niezwykła, jak i otwarcia. Organizatorzy włożyli sporo pracy i serca w organizację Mistrzostw i dało się to odczuć na każdym kroku. Pozostało nam pożegnać się, spakować manatki i przenieść z powrotem do Johannesburga, skąd następnego dnia polecieliśmy do Kapsztadu.

Pałac nie hotel
W Kapsztadzie kolejna niespodzianka. Tym razem przygotowana z premedytacją. Hotel, który zarezerwowaliśmy w internecie wyglądał tak dobrze, że aż nierealnie za pieniądze, które zapłaciliśmy (80 zł/os/dz ze śniadaniem!). Apartamenty okazały się książęce, doskonała obsługa, aż za obfite śniadania - czego chcieć więcej? Wyłącznie dobrej pogody, bo plan zwiedzania należał do bardzo intensywnych. Na pierwszy rzut poszedł Przylądek Dobrej Nadziei. Po drodze mieliśmy pierwsze spotkanie z wielorybami, a w drodze powrotnej odwiedziliśmy kolonię 3000 pingwinów! Następnego dnia lekko wymęczeni wyjechaliśmy ze zwiedzanych winnic (miejscowy szczep pinotage występujący tylko w Afryce może przypaść do gustu). Kolejne dnie upłynęły nam na zwiedzaniu unoszącej się nad miastem (1058m) bajecznej Góry Stołowej - rewelacyjne widoki nie tylko z kolejki - V&A Waterfront (port z ponad 70. restauracjami, kawiarniami, pubami) oraz ostatniej naszej wyprawie do miejscowości Hermanus (nad Oceanem Indyjskim) - jak twierdzą miejscowi najdogodniejszego miejsca na świecie do obserwacji wielorybów (przepływają tak blisko, że prawie można ich dotknąć). Na deser w drodze powrotnej zostawiliśmy sobie Przylądek Igielny, najdalej wysunięty na południe punkt Afryki. Ze względu na niewyobrażalną ilość robactwa wszelkiej maści łażącego i skaczącego po plaży i skałach, przemknęliśmy w takim tempie na najdalszą skałę (ok. 1 km od parkingu; w krótkich spodenkach i sandałach, sic!), aby pobrać obiecany kamień dla Ludwika, który niestety ze względów zdrowotnych musiał wycofać się z wyprawy do Afryki, że pot ściekał po nas ciurkiem. Po szczęśliwym dotarciu do samochodu zaczęliśmy się zastanawiać, czy to z wrażenia, czy obranego tempa "spaceru" (nie można było zatrzymać nogi ani na chwilę nieruchomo, gdyż istniała obawa oblezienia przez wszechobecne "paskudztwo" zjadające wszystko, co ocean wyrzucił. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego tak dziwił się "miejscowy", gdy pytałem jak dojechać na przylądek… Następnego dnia spakowaliśmy rzeczy i po 25 godzinach (15 godzin czystego lotu; przesiadki: Johannesburg, Madryt) byliśmy już w witającym nas jesienną pogodą Berlinie. Ciężko uwierzyć, że już za rok przyjdzie nam zdobyć przylądek Horn, przy okazji pobytu w fińskiej Taankavarze, gdzie odbędą się kolejne Mistrzostwa.

Norbert

 
© Polskie Bractwo Kopaczy Złota
wykonanie - Paweł i Jędrek
All rights reserved! Wszelkie prawa zastrzeżone!